O wielki Dionizosie!
Pomóż wszystkim pojąć co usłyszałem w Heńka głosie.
Siedemnastego września, dwutysięcznego dziesiątego roku byłem w Chorzowie,
w Centrum Kultury, miasto tonęło już w mroku.
Rozpoczął się koncert zespołu,
co nagrał aż płyt trzynaście.
I krzyki się wzniosły "Universe!
Pokażcie się, pokażcie!"
Na scene wpadły postacie świetliste,
A w centrum... Henryk Czich.
Wyrwały się głosy fanek: i "och" i "ach" i "ich".
Apollo przyznać powinien,
że zespół talent ma wielki,
gdyż przyciąga i starszych, i młodszych,
uczniów i nauczycielki.
Każdy wsłuchiwał się tekst kolejnej piosenki,
i stało serce obok serca,
ręka obok ręki.
Śpiew rozległ się wśród publiczności
jak głos nimf na fali,
ogarnął wszystkich, i tych z przodu i tych z oddali.
Gdy zabrzmiały z ich gitar struny,
ludzkie serca wzniosły się jak piórko,
do nieba, do góry.
Wprost do Mirka Breguły leciały te dźwięki
jak ptaki radosne w przestwór niebieski.
A on z tej radości zapewne dostał skrzydeł parę
i tańczył i śpiewał a aniołowie zagrali fanfarę.
Na ziemię zaś spłynęły słoneczne blaski,
wówczas zabrzmiały jak gromy, wiwaty, oklaski.
Daniel Zięcina
Wszelkie prawa zastrzeżone ©.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz